Mój pierwszy DFBG – Lądek-Zdrój 2023 – Golden Mountains Trail
Mój pierwszy DFBG – Lądek-Zdrój 2023 – Golden Mountains Trail

Mój pierwszy DFBG – Lądek-Zdrój 2023 – Golden Mountains Trail

Cała Polska biega na Dolnym Śląsku w Lądku…

Impreza

Festiwal w Lądku-Zdrój to druga wielka i sławna wśród biegaczy górskich impreza, na której udało mi się po raz pierwszy pojawić i wystartować. Ilość materiałów w mediach internetowych i tradycyjnych o wydarzeniu była naprawdę spora, a zasłuchane od znajomych historie o magii Festiwalu podkręcały oczekiwania i chęć sprawdzenia, co też ma on do zaoferowania. Swój start opłaciłem w maju, ale same przygotowania trwały razem z treningami do zawodów w Szczawnicy. Impreza odbyła się po raz 11 na Ziemi Kłodzkiej i trwała od 13.07 do 16.07.

Trasa

Golden Mountains Trail 33KM – tak nazywa się trasa, którą sobie obrałem za cel. Jest ona rozgrywana pod szyldem Salomona i jego Golden Trail National Series, będącego częścią Golden Trail Series. Zawody, na których można wywalczyć bilet na finał cyklu, mają przyciągać czołowych zawodników. Trasa z lekko ponad 1500 metrami przewyższenia na 33 kilometrach nie budziła we mnie takich obaw, jak reakcja organizmu na warunki pogodowe. Środek lipca, start o godzinie 15:00 – obawiałem się jak sobie poradzę, czy nie odetnie mi prądu z powodu przegrzania lub odwodnienia, albo czy nie spali mnie lipcowe słońce na otwartych terenach.

Przed startem

Sprawdzając prognozy pogody – piątek miał się okazać relatywnie łaskawym dniem. Jak się później okazało, fala upałów przyszła do Europy w sobotę, przynosząc kolejnym zawodnikom ponad 30 stopni. Na zawody wyruszyłem z Krakowa zabierając po drodze cztery osoby z ogłoszenia o transporcie na festiwal – 4 godziny drogi minęły stosunkowo szybko w przyjemnej gwarze biegowo-podróżniczej. Będąc już na godzinę 14:00 – jak można było się spodziewać – były małe problemy ze znalezieniem miejsca parkingowego w Lądku. Po przyjeździe od razu było widać, że miasto żyje tym eventem. Wszędzie można było dostrzec przygotowujących się biegaczy albo wolontariuszy w koszulkach ,,DFBG Team”. Miasteczko biegowe zaczynało się od świetnie przygotowanej strefy START/METY – były nadmuchiwane bramy, flagi, banery, nagłośnienie – wszystko z brandingiem topowych marek outdorowych, co robiło świetne wrażenie i dodawało prestiżu. Jednak właśnie już na samym początku zabrakło jak dla mnie jasnego oznakowania dojścia do Biura Zawodów – została niecała godzina na odbiór pakietu i przygotowania, więc zaczął pojawiać się stres. Omijając stoiska wystawców i sponsorów, dotarliśmy do biura ulokowanego w ładnym budynku zdrojowym. Sam odbiór przebiegł już całkiem sprawnie. W pakiecie znajdowały się – oczywiście – materiały promocyjne organizatora wraz z mapką każdego biegu, piwo bezalkoholowe, niesmaczny energetyk, opaska biegowa ATTIQ, coś słodkiego i worek na depozyt z naklejką. Ja dodatkowo dokupiłem sobie do pakietu rękawki biegowe ATTIQ z brandingiem DFBG. W tym miejscu nasza grupa już się rozdzieliła i nie miałem czasu na odszukiwanie się, więc zacząłem pakować plecak do depozytu i kamizelkę na bieg.

Fot. Monika Dratwa (FB ,,Modra”)

Na linii startu

Wiadomym od początku było, że walkę z czasem zaczęliśmy już przyjeżdżając do Lądka na godzinę 14:00 – parking, biuro zawodów, depozyt, rozgrzewka. Oczywiście najmniej czasu starczyło na rozgrzewkę, czyli standardowo przed zawodami zrobiłem ją w pośpiechu. Przed przyjazdem zapomniałem kupić wodę butelkowaną do uzupełnienia softflasków – więc musiałem szybko znaleźć jakiś wodopój – a tym okazała się łazienka jednej z restauracji. Na 10 minut przed wystrzałem byłem już ustawiony wśród reszty zawodników – starałem się nie popełnić kolejnego błędu by nie stanąć zbyt daleko od docelowej grupy czasowej. Wizualnie nie było przede mną wielu biegaczy, ale ostatecznie ponownie na starcie wyprzedziłem sporą grupkę maruderów. Ostatnie słowa do kamery wysłane do przyjaciół, poprawienie kamizelki, podłączenie pasa piersiowego, włączenie tracka w zegarku i do śledzenia online i …

3… 2… 1… START!

Godzina 15:00 wybiła – sporo osób ustawiło się wzdłuż początku trasy by krzyczeć i dopingować. Ze wszystkich moich dotychczasowych startów górskich – tej był najbardziej pompatyczny. Ludzie z kamerkami i telefonami, race dymne i ikona Golden Trail Series – pasterskie dzwonki. Byłem już od początku trochę spięty przez ten pośpiech i nie miałem tego luzu i zabawy, jaki lubi mi nierzadko towarzyszyć gdy są kibice. Atakowanie i unikanie zderzenia zajęło większość mojej uwagi, więc początek trasy przez miasteczko pamiętam mało wyraźnie. Po około 1 kilometrze na asfalcie docieramy do podnóża wznoszącego się do góry lasu i zaczynamy prawdziwy trail.

Dobry początek

Od początku bałem się trochę o tętno – już na pierwszym podbiegu dobijałem po 190 BPM, więc pojawiły się myśli, co będzie się działo potem, czy się nie zakwaszę już na starcie, czy uciągnę później końcówkę. Ale pod górkę na początku musiałem zrobić odpowiednią robotę. Pierwsze podejście kamienistym szlakiem miało być także ostatnim zbiegiem do mety – kończyło się ono pod Trojakiem, skąd zaczynał się gwałtowny zbieg przez kamieniste formacje skalne – miejsce to przypominało mi nie tak odległe Góry Stołowe. Później trasa robiła się nieco łagodniejsza, jednak nabierała bardziej charakteru singletracka, gdzie trudniej o wyprzedzanie się zawodników. A właśnie tutaj doszedłem już do momentu, gdzie zapoczątkował się podział na grupki – i tak trafiając na jeden pociąg, trzymałem się jego tempa przez pewien czas, wyczekiwałem odpowiedniego momentu na trasie i wyprzedzałem po paru zawodników na raz, potem docierałem do kolejnego i tak parę razy.

fot. Dominika Rakszewska

Pierwszy punkt odżywczy ulokowany został na około 10 kilometrze przy odbiciu szlaku w lesie. Zatrzymałem się na nim tylko żeby napełnić flaski wodą. Bieg trochę stracił na tempie gdy zbiegliśmy przez Nowy Gierałdów (tutaj było szybko w dół) pod wyciąg na stok narciarski, który przecinało się w poprzek mocnym i długim podejściem. Widząc podbieg, tą otwartą przestrzeń i ilość zawodników przede mną, trochę straciłem na pewności siebie. Długie podejście miało swój dalszy ciąg skrywany jeszcze za linią drzew. Odcinek ten ciągnący się aż do najwyższego punktu na trasie biegu były niestety najsłabszy w moim wykonaniu – zauważałem sporą różnicę w tempie podchodzenia między mną a resztą zawodników – o ile moja wydolność była na odpowiednim poziomie, o tyle potencjał w sile mięśni był u mnie sporo niższy, przez co straciłem sporo czasu i parę pozycji. Postanowiłem jednak w takim wypadku nie forsować się w górę, a raczej przygotować do odcinków w dół. Biegaczy, którzy przechodzili obok mnie wcześniej, mijałem teraz lecąc szybko w dół.

Ciężar drugiej połowy

Jednak po mocnym podbiegu i szybkim zbieganiu pojawił się problem, o którym myślałem, że już się z niego wyleczyłem i mogę o nim zapomnieć – mianowicie trudności w łapaniu oddechu i skurczona przepona. Przyczyną takiej kolei rzeczy jest prawdopodobnie niewystarczający zakres kurczliwości pracy mięśni wokół przepony i płuc, co przy intensywnym wysiłku potrafi właśnie dać się we znaki. Tak więc musiałem się hamować na zbiegach aby móc złapać oddech, co nie zawsze było możliwe i czasem wiązało się z bólem i uczuciem kolki. Długi podbieg – źle, długi zbieg – też nie dobrze – stałem się dosyć wybredny co do trasy. Najlepiej czułem się na lekkich podbiegach i wąskich singletrackach przeskakując konary i korzenie.

Na drugim punkcie odżywczym zatrzymałem się odrobinę dłużej, aby poza wodą do flasków złapać kawałki owoców i trochę cukrów. Kilometr przed punktem mijałem zawodnika, który zapytał turystów czy mają trochę wody – jego plastikowa butelka trzymana w ręce była już pusta. Zawołałem go do siebie, aby wyciągnął zapasowy miękki bidon z mojego plecaka i sobie odlał – zabrałem ze sobą rezerwowe pół litra wody do tylnej kieszeni. W takich warunkach nawodnienie było kluczowe, dlatego piłem parę małych łyków regularnie aby nie dopuścić do pierwszego uczucia wysuszenia. Po minięciu punktu wracaliśmy powoli na szlaki z początku biegu.

Mój plan od początku zakładał złamanie 4 godzin biegu, więc patrzyłem coraz częściej na przebyty dystans i czas, ciągle licząc w głowie jakim średnim tempem powinienem pokonać pozostałą część trasy. Ta była luźniejsza niż wcześniej, jednak zacząłem odczuwać już spore zmęczenie – a do tego na jednym z podejść złapały mnie skurcze mięśni przywodzicieli uda w obu kończynach. Pierwszy raz doświadczyłem tego uczucia. Mocno się zaniepokoiłem, czy dane mi będzie spokojnie dobiec do końca, czy zostanie już tylko spacerek. Ostrożnie piąłem się do góry, kontrolując ból w udach, który na całe szczęście po około 3 minutach puścił i już nie wrócił. Kosztowało mnie to jednak trochę czasu, zanim się pozbierałem i biegłem dalej nie forsując swojego tempa.

fot. Monika Dratwa (FB ,,Modra”)

W tym czasie mijałem się parę razy z jednym Biegaczem, do którego zagaiłem rozmowę o łamaniu czasu 4h na trasie. Zastanawialiśmy się, czy trasa faktycznie wyniesie 33km czy jednak się wydłuży, np. do 35km – wprowadziło to do mojej głowy pewne wątpliwości. Faktycznie zacząłem myśleć, że mamy jeszcze więcej niż te 3 kilometry do pokonania i traciłem wobec tego wolę walki o cenne minuty. Zwolniłem, miły Pan odbiegł dalej, a ja biegłem sam nie widząc nikogo za mną ani przede mną. Nerwowo patrzyłem na mapę zegarka, który co jakiś czas pikał informując, że nie jestem na wskazanym szlaku, chociaż z niego nie zbaczałem – szukałem ciągle oznaczeń organizatora, co do których nie byłem też pewien, czy prawidłową ścieżką wracam czy już zaczynam zataczać koło. Po podbiegu pod Trojak kamiennymi schodami, zostało już tylko zbiec do mety. Tutaj jednak rozegrał się mój własny dramat. Biegnąc w dół po kamieniach, czułem się okropnie – bolały mnie stopy, miałem problem z łapaniem oddechu, złapałem kolkę, byłem cały ,,wytrzęsiony” amortyzowaniem uderzeń – zrezygnowałem z walki o czas. W sumie zatrzymałem się dwa lub trzy razy, żeby wyrównać oddech, dać ciału ukojenie od pędu i walki z grawitacją. Zastrzyk energii pojawił się dopiero jak zauważyłem na płaskim odcinku zawodnika za mną – nie chciałem dać się mu wyprzedzić, więc wzmogłem się do wysiłku. Chwilę potem wybiegliśmy z lasu i trafiliśmy na ulice Lądka.

Finisz

Zbieganie po kocich łbach nie różniło się w zasadzie niczym od tego fatalnego zbiegu po kamieniach z Trojaka – zaciskając już zęby poczułem ulgę dopiero dotykając gładkiego, choć dalej nachylonego asfaltu. Trasa tutaj była dosyć zawiła, meandrując między zabudowaniami na obrzeżu miasteczka – gdyby nie ludzie pokazujący kierunek, niejeden zawodnik mógłby tutaj źle skręcić przynajmniej w trzech miejscach. Lubię jednak końcówki biegów – zawsze wtedy potrafię wykrzesać z siebie więcej niż myślałem, że jestem w stanie. Tak było i tym razem, kiedy wydłużyłem krok, niesiony emocjami i nawoływaniami kibiców ustawionych wzdłuż ulicy. Wbieg do strefy METY był najlepszym jaki do tej pory widziałem – speaker jeszcze kawałek przed końcową linią wypowiedział moje imię i nazwisko jako kolejnego zawodnika kończącego swoje zmagania. Wyciągnąłem dłoń do kibiców, by móc z nimi zbić piątki, a sama meta była tuż za pierwszymi schodkami od fontanny w stronę Domu Zdrojowego Wojciech. Na samą linię mety wskoczyłem, lądując tuż przed fotografem i wolontariuszką z medalami. Cieszyłem się z końca tego biegu, a jednocześnie trochę smuciłem – usłyszałem, że mój czas to 4:01:50 – niecałe dwie minuty powyżej mojego założonego wyniku.

Na mecie

Otarłem się o niespełna dwie minuty od docelowego założenia – ta sportowa złość ciągle zalęga mi w głowie. Dwie minuty – wracając na spokojnie myślami na trasę biegu, zastanawiam się nad miejscami, gdzie było możliwe urwanie nieco więcej sekund, by sumarycznie zmieścić się w czterech godzinach – a kilka takich sytuacji było. Jak się też okazało za linią mety, byłem pierwszym zawodnikiem z czasem powyżej 4 godzin – zaś Biegacz, z którym ucinałem sobie pogawędkę – ostatnim poniżej 4 godzin. Po odbiorze medalu i napoju bezalkoholowego usadowiłem się w parku przy mecie obok dziewczyn, które ze mną przyjechały, obserwując kończących zmagania biegaczy, ich reakcje i samopoczucie – wielu z nich właśnie wcześniej przecież wyprzedzałem. Po odpoczynku na trawie usiadłem do skromnego posiłku regeneracyjnego razem z drugą parą, która ze mną przyjechała. Daniel startował razem ze mną, zaś Agnieszka go dopingowała i supportowała. Wymienialiśmy się doświadczeniem z trasy i zaplecza zawodów. Później odebraliśmy pakiety, wypiliśmy kawę w amfiteatrze słuchając próby zespołu ludowego i opuściliśmy Lądek – nowi znajomi zostali na dłużej w jednym z pensjonatów, ja zaś wybrałem się w czterogodzinną drogę do Krakowa.

fot. Małgosia Telega

Ogólne wrażenia

Do opisania całego Festiwal użyłbym chyba jednego słowa – niedosyt. Niedosyt własnego rezultatu, niedosyt wczucia się w klimat wielkiej imprezy, niedosyt drobnych elementów organizacyjnych, niedosyt bycia prawie samemu na tak wielkim biegowym święcie, niedosyt wykorzystania tylu możliwości. Nie oceniam wyjazdu na Dolny Śląsk negatywnie – była to bardzo dobrze zorganizowana impreza, na którą chcę się wybrać w przyszłości razem z przyjaciółmi by móc chwalebnie powiedzieć ,,byłem częścią społeczności biegowej na DFBG”. Widać, że Festiwal żyje przede wszystkim rywalizacją biegaczy i ich supportów na długich dystansach – może więc warto tego spróbować? Przebiec swoje jedno z pierwszych ultra na Dolnym Śląsku albo być częścią wsparcia moich przyjaciół – brzmi to bardzo zachęcająco.

Dwie minuty – ta myśl zostaje ze mną na trochę dłużej i jest swoistym podsumowaniem mojej części treningowo-przygotowawczej – wyciągam z tego wnioski oraz nowe doświadczenie, ale już zabieram się ponownie do treningów pod kolejny cel.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *